Jarosław Iwaszkiewicz jest klasykiem w pełnym znaczeniu tego słowa. W najnowszym tomiku Iwaszkiewicza, pt. Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę wydanym przez Biuro Literackie w bieżącym roku, mamy do czynienia z przestrzenią, swobodną grą słów i skojarzeń, ruchem barw, światła i dźwięków.
Tytuł tomu może sugerować bardzo wiele. Może on oznaczać kogoś bardzo złego, pozbawionego ludzkich odruchów, wrażliwości i uczuć. Z drugiej strony, to zwierzę będzie kimś, kto posiada te uczucia, jest zachwycone życiem, chce żyć i czerpać z tego życia radość.
Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę rodzi się z radości, ogrodowych kwiatów, oczekiwania na przybycie gości, zaniku zdolności wizyjnych. To właśnie owo zwierzę otwiera drzwi do swojego domu. To otwarcie się pozwala na przepływ, ruch, zmiany w obrębie pewnej przestrzeni. Znakiem tego otwarcia jest ugoszczenie przybyłych gości chlebem okraszonym kaliną, uśmiechem na ustach.
Ten dom jest miejscem pełnym różnych nieoczekiwanych zdarzeń. Jest miejscem czekania na nowych, radosnych gości. Jak twierdzi poeta: Bo pełen świat szukania — a nie masz mądrości./ („Proverbium”, s. 5).
Jarosław Iwaszkiewicz, pragnie w tym świecie odszukać cokolwiek, co nada sens życiu, przewartościuje je na coś pięknego, szlachetniejszego, godnego bycia. To szukanie to odkrywanie innych kultur. Wiersze stają się prawdziwymi obrazami poetyckimi. Każdy, kto choć raz dotknął obcej kultury i zwyczajów, wie, że trudno przejść do zwykłej, szarej rzeczywistości. Widać jak inna kultura wpływa na poetę. Chociażby tutaj: Czuję zanik zdolności wizyjnych./Już nie wyobrażam sobie ciebie w błękitnym ubraniu blue — boya z pióropuszem: sylwetka głowy i włosy jak węże widnieją w oślepiająco błękitnym promieniu lampy kinematograficznej.// ( „Degeneracja”, s. 9).
Obce kultury to fantastyczne źródło odkrywania swojego ja i swojej przynależności do danego świata i danej przestrzeni. Coś pozwala na spojrzenie na siebie od innej strony. Ale poza nimi istnieje jeszcze coś. Oddech, migotanie, sine mgły, obłoki, góry świętokrzyskie, wawel, góra chełmowa. Wszystko bliskie i jednocześnie tak dalekie. Wszystko znane i mniej znane. Kilka światów w jednym. Taki mały miszmasz.
Dla Jarosława Iwaszkiewicza ważna jest migotliwość tego świata. Ukazuje to chociażby w sonetach. Ujęcie w ramy opowieści z obidzowskiej góry, z tęczyna, wenecji, itp. ma swoją melodię. Dlatego właśnie czytelnik ma wrażenie swojskości. Wszystko jest mu znane, dotykalne, mierzalne spojrzeniem. Tak jak legendy kozackie, czy pieśni góralskie. Po doświadczeniu z „Próbami” Michała Montaigne’a rzeczywiście czuje ulgę: Jak Michała Montaigne’a nieśmiertelne „Próby”,/Dni moje — próżne wdzięku, a pełne rachuby,/Zdarzeń dziwnych, przyjemnych, a błahych w istocie./Uśmiecham się: na niebie chmury a stokrocie.// („Wiosna”, s. 19).
Bohater utworów Jarosława Iwaszkiewicza stoi pomiędzy wiosną a zimą, jest niespokojny, przelotny jak ptak, tracący pamięć z dnia na dzień, wierzący w świętą Teresę, w świętego Piotra, franciszkanów, spacerujący po Brackiej,Szpitalnej, Rogu Zgody, obserwujący dom Gebenthnera i Wolfa. Podmiot liryczny obserwuje nadchodzący powoli czas. Wszystko widzi i słyszy. Jest wszechwiedzący. Choć nie zawsze: czy to warto iść taki kawał?/Mękę wlec przez obie półkule?/ Chrystus przygarnął Magdalenę,/ Czy mi wybaczy ołowianą kulę?// ([Chodzę. Chodzę. Chodzę], s. 25).
Wszechwiedza czasami okazuje się zgubna. Podobnie jest z niewiedzą. Często jednak, jak podmiot liryczny zdradza, nie obchodzą go sprawy tego świata: Chodzę. Chodzę. Chodzę./Lubię Stasia. Wolę Adolfa./Czy życie jest snem? To mnie nic nie obchodzi./([Chodzę. Chodzę. Chodzę], s. 25]).
To chodzenie w kółko zobowiązuje jednak do pewnych działań. Przede wszystkim do obserwowania uschniętych włosów złej kobiety, zakwitnięcia zmarłych śrub i sprężyn bukietów, odszukania trupa księcia, układania we flamandzkie fałdy i frędzli fioletu mgieł polskich i florenckich wzgórzy.
Bohater wierszy Jarosława Iwaszkiewicza wie, że migotanie tego świata należy do najprzyjemniejszych a zarazem niesamowitych widoków i warto je obserwować, aby potem spisać swoje przemyślenia o młodziutkim Chrystusie: Młodziutki Chrystus konające oczy/ Baby swej, Anny, zamyka palcami,/ Drży mu podbródek./(„ Quintin Matsys”, s. 27). Wyczekuje na to, co zdarzy się w niedalekiej teraźniejszości lub przyszłości. Wie, że każdy człowiek umrze, nie poznając tak do końca, gdzie naprawdę kończy się świat. Uważa, że jeszcze nie nadszedł czas na ostatnie sądy i zastanawianie się nad tym, kim był tutaj na ziemi, jak żył: Jeszcze nie pora na ostatnie sądy,/ Czym byłeś tutaj — nikt nie opowiada./ Może gałązką, którą niosły prądy,/Może kamieniem, który na dno spada.//(„[Pióro strzaskane, ale jeszcze pisze]”, s. 32).
Sen i jawa dają początek czemuś nowemu, ale są również zagrożeniem dla nas samych. Przemijanie pór roku tak dobrze widoczne w niektórych wierszach odzwierciedlają stan duchowy podmiotu lirycznego. Poeta pisze: sen mnie zbiera jak niedźwiedzia,/ale w nocy spać nie można:/jesień niby stara wiedźma/stąpa mądra i ostrożna.(„[Coraz ciszej, jesień, wrzesień]”, s. 35). Sen zbiera swoje żniwo. Nie daje być szczęśliwym.
W wierszach Jarosława Iwaszkiewicza przestrzeń ma również konotacje ujemne. Często pojawia się jako miejsce niepewnych, dręczących i złych zdarzeń. Poeta zastanawia się nad tym, dlaczego umarli przychodzą do niego w zimie i że nieprawdą jest, iż pojawiają się w czasie wiosennym i letnim. Poeta pisze o tych, którzy wypełniają jego przetrzeń, tak oto: Florencja. Mgła/To nieprawda że umarli przychodzą na wiosnę/zaklęci w kląskaniu i w rymie/i że w jesieni to także nieprawda: umarli przychodzą w zimie//Skradają się po śniegu/nie zostawiając śladu/Wołają:mamy cię zbiegu/tużeś ty stary dziadu// („[Florencja. Mgła]”, s. 36).
Poecie, towarzyszą umarli niemalże na każdym kroku i toczą z nim wyimaginowane rozmowy. Jarosław Iwaszkiewicz, potwierdza, że widzi zmarłych wszędzie, wie, że przyszli właśnie po niego.Nie ucieka przed nimi. Nie chowa się za wachlarzem. Czuje ich blisko siebie, ale nikt ze zmarłych go nie dotyka, tylko nakrywa żałobnym welonem. Takie widzenia potrafią być naprawdę nieznośne.
Jarosław Iwaszkiewicz, informuje nas o tym trochę z przekorą, a trochę ironicznie, nie chce się wymądrzać, ani udawać filozofa. W ten sposób, zachowuje ironiczno — przekorny dystans wobec wielkich, tajemniczych spraw tego świata i człowieka. Tymi ironicznymi chwytami próbuje poeta odpowiedzieć na wiele dręczących go pytań. Próbuje tak doświadczyć samotności i cierpienia. Chce łagodniej znieść ból.
Twórca całego zbioru próbuje doszukać się swojej wartości w każdej myśli i w każdym działaniu. W próbuje odnaleźć samego siebie: nie bądź sentymentalnym płaksą/Każdy musi przejść swój Rubikon/( „Wiedeń”, s. 38). Każdy z nas musi zapłacić za chwile szczęścia cierpieniem i niepewnością. Poeta nie obnaża tutaj wszystkiego, co męczy go od środka. Może i dobrze.
Jarosław Iwaszkiewicz zawsze szedł swoją drogą. Zawsze pokazywał to, co trapiło go najbardziej. Wyraźnie dawał do zrozumienia, że cieszy go, iż ma możliwość słyszenia czegoś, co słyszą wszyscy dookoła i dostrzegania tego samego, co inni. Jego wiersze są pełne różnych sensów, przyciągają naszą uwagę, wymagają różnych interpretacji, które czasem się powielają. Wiersze Iwaszkiewicza są właśnie takimi wierszami, które otwierają się na możliwość wieloznacznych interpretacji, są wierszami otwartymi, by zacząć żyć w formie, przeciekającej do gałęzi i stać się domem.
Poeta pragnie się wypowiedzieć tutaj jak najwięcej. Nieustannie chce czegoś dotknąć, zobaczyć, przeżyć: mam bardzo miły pokój/ale brak w nim fotela/Ile razy wracam z miasta/i otwieram drzwi z klucza/myślę: a może/wstawiono mi fotel?// („Pokój w hotelu”, s. 49).
Jarosław Iwaszkiewicz potrzebuje czasami zwykłej rozmowy z innym człowiekiem. Taka rozmowa ma fundamentalne znaczenie dla niego. Wie, że poprzez dialog, mediację, ludzie mogą się nawzajem poznać, mogą poznać siebie i swoje możliwości: pamiętam jak strasznie kochałeś/a teraz to ja odpowiadam puszczykowi/nie pamiętam nie pamiętam//(„[Co puszczyki robią w dzień?]”, s. 54).
Poetę fascynuje prawdziwa pogoda pod pękiem paproci; wiersz jak frędzel, perła z atłasem, wzajemne przenikanie się człowieka i przyrody, podmiotu i przedmiotu. W tej iwaszkiewiczowskiej niepewności świata tego i ludzi - czyli wielkich, pobrudzonych i zachwyconych zwierząt, Iwaszkiewicz, odnajduje gwarancję przetrwania. Jarosław Iwaszkiewicz stara się pisać o kwiatach, owocach, książkach, telimenach, patarafkach. Pisząc o kwiecie, mówi o złamanych klawikordach, czarnych futerałach, kulawym stoliczku. W tej pułapce pisania znalazła się także książka kucharska prababki oraz różowa poduszka do szpilek.
W tomie tym znajdują się 44 wiersze Jarosława Iwaszkiewicza. Ich wyboru dokonał Jacek Dehnel. Według mnie wiersze te nie całkiem zaspokajają moje czytelnicze aspiracje. Znam wiele innych znacznie ciekawszych wierszy Iwaszkiewicza. Ale i tym nie można odmówić refleksyjności i szczerości wyznania.
Jarosław Iwaszkiewicz: Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę, Biuro Literackie, Wrocław 2013
Daria Dziedzic Ur. 17.09.1977roku w Dąbrowie Górniczej.Absolwentka Filologii Polskiej i podyplomowego Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej na US w Katowicach. Zajmuje się pisaniem recenzji,pisze wiersze i prozę. Wydała trzy tomiki wierszy: Anioły, sny, wiersze(2003 rok, Nowy Świat), Wyspę (2010 rok, Mamiko)i cracka (2014, Gniotownik, Poznań) Laureatka wielu konkursów literackich.Mieszka w Dąbrowie Górniczej.
piątek, 23 sierpnia 2013
sobota, 20 lipca 2013
Wiersze Ewy Włodarskiej - Za pozwoleniem Autorki
Ewa Włodarska:
Urodzona i zamieszkała w Krakowie.
Publikacje w POGRANICZACH 3/2010, Lamellim XI/2010, KOZIM RYNKU XI/2010, BLIZIE 2(7)2011, Migotaniach, przejaśnieniach 1(30)2011, FRAZIE 1(71)2011, SZAFIE X/2010, PKPzin, Apeiron Magazine, Latarni Morskiej, KOFEINIE 07, Nowej Okolicy Poetów 1/2012, ARTERIACH (12).
Pomysłodawca i współorganizatorka ARTYSTYCZNYCH ZDERZEŃ - imprezy artystycznej organizowanej cyklicznie.
Trzykrotnie nominowana do nagrody głównej w VI, VII i VIII OKP im Kazimierza Ratonia. Nagroda główna w Turnieju Jednego Ilustrowanego Wiersza Świdnicy 2012.
III nagroda w OKP im. A.Babaryki 2012, III nagroda w Piastowskiej Biesiadzie Poetyckiej 2012, I nagroda w OKP „Krajobrazy słowa” 2013, III Nagroda w OKP im. Pietrzaka 2013, I Nagroda w OKP „O laur Sarbiewskiego” 2013.
Tomik w trakcie opracowania graficznego.
biogram podaję za słowem Autorki
Poławiacze ostryg
Czy macie coś w zanadrzu? Bez jakich rozrywek
nie możecie się obejść? Po kieszeniach brzęczą
obole – psia gwarancja na drodze do piekieł;
szeleszczą chusty z tafty brunatnej jak węgiel.
Chłopiec oczyszcza posąg; gleba cicho wzdycha,
poruszając poszyciem i kośćmi niedbale
zrzuconymi w popioły. Wypełnia się misja
– sen o zaćmieniu słońca na pobliskich wydmach.
Smakujecie nadbrzeża pełne małż i ostryg.
Ich kołatki tną uszy, poruszają język.
Zanim przestrzeń pogrąży piętnaście uderzeń,
kobieta zbierze światło, schowa je w porożu.
Trwa walka; nie szczędzicie monet i aplauzu.
Obcasy tną arenę, pikador uderza
aż po pierwsze draśnięcia. Deszcz łaskocze skronie.
Hades kradnie księżyce. Lęgną się ciemności.
Alicja za szybą
Od dzieciństwa przed tremem, poprawiając włosy,
robiła głupie miny; z ust babki słuchała
przedziwnych opowieści o salonie luster,
nieprzekraczalnym progu w końcu korytarza.
Wzrastała z Ossowieckim, wprowadzana w obcy
krąg Świata mego ducha i wizji przyszłości.
Nęciły ją stoliki i liczne seanse.
Wczoraj weszła w dorosłość, podjęła wyzwanie
ukrywane za drzwiami letniego pokoju.
Usiadła w centrum, świece oblewały postać.
Skupiając się na głębi, wpatrzona w płomień
dostrzegła obraz – nie malał, gdy zbliżył się,
przeszła.
Hołodomor
Gospodi! Ty widisz', ja ustała!
Woskriest' i umirat', i żit!
*Panie! Ty widzisz, nie mam już sił!
Zmartwychwstawać, umierać i żyć!
A. Achmatowa
Dlaczego pęczniejecie? Jakimi słomkami
zassano was od środka? Jakie podobieństwo
do ikon i relikwii zachowanych w cerkwiach
mieści się pod przejrzystą, pomarszczoną skórą?
Ziemia rodzi bez końca najprzedniejsze kłosy;
wyruszają transportem na wschód, w niewiadome.
Zbieracie młode listki, ślimaki, chrabąszcze,
wygrzebując z zagonów nadgniłe kartofle.
Później dni się równają, nastaje czas łowów;
z gniazd giną ptasie jaja, z kryjówek gryzonie
– za skórkę płacą całe piętnaście kopiejek –
a kiszki choć przez chwilę grają w innym rytmie.
Matuszki płaczą, puchną jak cisza za oknem.
Żądlą was, ciągle żądlą, w oczy sypią wapno.
My dzieci z Yodok
W czterech ścianach mego bólu
nie ma okien ani drzwi.
A. Wat
Nie wiedzą, czym są ryby, dlatego Bóg pokazał im plecy.
Garną się do życia, kiedy wilgoć otula ryżowe poletka.
Od początku rozpoznają gatunki owadów i jaszczurek
– nielicznych, które zdołały przeżyć.
Bajki nie wykluwają się przy Księżycu czy kubku kojącego mleka;
tęczówki zawsze pokrywa lód. Wiedzą, że ciepło odnajdą pod ziemią,
a kopalnia będzie pierwszym i ostatnim domem.
Grudka do grudki, nie czas na smutki.
Kiedyś robactwo spulchni brzuchy.
Opowiem ci o aniołach
Zaczynają kruszeć już wtedy, gdy cienie schodzą ze szczytów, sadów i zagajników. Długo
przywierają do okiennic, nim opadną na dobre.
Nie przesiadują w nawach; nie noszą łuków czy aureoli, a skrzydła straciły zasięg. Czasem
amorzą.
Przebierają nogami, kiedy pierwszy mróz rozrzedza dni, a kolejny zbiera żniwo.
Opowiem o tych w przejściach podziemnych, dworcowych poczekalniach, parkowych
ławkach. Ich wzrok penetruje szyby najbliższych barów.
Ostygną przed świtem.
piątek, 28 czerwca 2013
(Nie)pozorna bliskość
Jesteś w rzeczach najjaśniejszych,
jaśniejszych niż słońce. Nie zabrakło cię
w pokoju. Czuję twój oddech na twarzy.
Skrystalizowałeś się w ludzkiej formie,
wylegujesz się na piasku,ostrożnie
obserwując przestrzeń. Widzisz,
mam z tobą pewien kłopot,
nie wiem, gdzie dokładnie umieścić cię
w wierszu. Tyle dla mnie znaczysz,
choć ktoś może stwierdzić,
że jednak za mało.
Wejście
Odnalazłam swój czas. Teraz wiem,
czego brakowało do szczęścia,
głównie lata, słońca, dziewann
rosnących pod płotem. Z nich zawsze
babcia robiła syrop na kaszel.Rozpływał się
w ustach jak czekolada. Potem było lżej
i teraz jest lżej. Nie muszą mi już
wiązać rąk ani kneblować ust.
Jestem całkowicie spokojna,
spokojna jak twój wiersz,
jak twoja modlitwa,
jak twój sen.
„choroba libenkrafta”
pełna izolacja.komfort,luz, spadanie.
są i twarze, są widzenia.dwa,
trzy razy w tygodniu,patrzymy na siebie
przez szybę, nadajemy szyfrem. wariograf
dostaje świra.leżę na pryczy,
czytam mein kampf jednym tchem, czytam
i znów spadam.spadam w głęboką wodę,
w głęboki sen.prosto w objęcia głuchego
pielęgniarza, który robi mi zastrzyk
i uśmiecha się, przeraźliwie słodko.
nie mam mu za złe tej całej donkiszoterii,
komedii dell’arte.to już i tak
dość paskudne okoliczności,
jak na maj.
01.06.2013 r.
piątek, 10 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Wiersze Macieja Bieszczada - gościa V Poligonu Poetów w Dąbrowie Górniczej 16.05.2013 Zapraszamy!
MACIEJ BIESZCZAD - poeta, autor książek poetyckich - Okolice Gerazy i Elipsa, za którą otrzymał III Nagrodę Złotego Środka Poezji w kategorii Debiut Roku 2010. Wiersze publikował m.in w "Tyglu Kultury", "Akcencie", "Toposie", "Kresach", "Pograniczach", "Frazie", "Nowej Okolicy Poetów", "Odrze". Pasjonat gry na skrzypcach oraz tajemnic Biblii
Lekcja znikania
Porównaj barwę swego ciała z barwą ziemi.
Przekonaj się, że nie są jednakie.
Oddaj wzrok niezliczonym słońcom
poprzedzającym ziemskie światło,
a świat wypuści Cię ze swoich ramion.
Zanurz dłonie w rozmodlonych wodach rzeki.
Dowiedz się, że nie są pyłem.
Dopiero lodowata kipiel oczyści glinę
z piasku, z godzin.
Buty o kilka numerów za duże
Niechęć do zakupów była w mojej rodzinie
przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Nie cierpiał ich mój dziadek, jego niepokorny
syn niejednokrotnie wyrywał się matce, gdy
ta próbowała mu coś kupić. Mężczyźni
w mojej jak najbardziej normalnej rodzinie
mieli z reguły mało ubrań. Dwie pary spodni,
kilka koszul, płaszcze przekazywane
uroczyście lub dziedziczone w chwili śmierci
ich posiadacza. Buty też. Kiedy jednak
nagle zmarł wujek, musieliśmy go
pochować w butach po ojcu. Okazały się
ponadto o kilka numerów za duże.
Nie będzie w nich biegał - skwitowała babcia.
Wcale nie próbował wybiec z kaplicy, gdy mu
je zakładano. Nogi miał nieruchome i sztywne.
Trony
Wysokie krzesła
w zamkniętym pubie
na rogu ruchliwej ulicy.
Uśpione rzędy po
nieudanym spektaklu.
Ławki przy plaży
w martwym sezonie.
Odrapane. Niczyje.
Ślady na piasku
zasypywane
zasypywane.
Świat wyższy
odbija się w materii.
Kalekie przegląda się
w doskonałym.
Te wymarłe miejsca.
Te wszystkie puste trony
czekające na sprawiedliwych.
Epsilon
Przekonanie że dwie proste równoległe
nie przetną się w jednym punkcie
jest w co wierzę niczym nieuzasadnione.
W oczach czapli światło letniego wieczoru
posiada barwę jakiej nie odkrył późny barok.
Linie życia prawie zawsze kończą się okręgiem
zanim dotrą do nieruchomego teraz.
Ostatecznie położą cię w tym samym pokoju
wzruszy cię dobrze ci znany krajobraz.
Piłka w dzieciństwie wysoko podrzucona do góry
sama się potoczy pod szpitalne łóżko.
Zacznij raczej od punktu poza spiralą.
Oczy
Mogły widzieć więcej.
Jak bowiem wyjaśnić
ten permanentny stan głodu?
Chciałyby widzieć wyraźnie.
Za oknem znoszą jabłka z sadu.
W taką pogodę odsłaniają się
ośnieżone masywy górskie.
Mogły kiedyś naprawdę widzieć.
Co zobaczą w momencie
zatrzymania serca i źrenic?
Chciałyby ujrzeć cokolwiek.
Topnieje śnieg. Kosze pełne
jabłek wnoszą do piwnic.
Lumen
Dotkliwa wada wzroku
zmusiła mnie do zawiłych
poszukiwań w krętych korytarzach
nieczynnych sztolni. Moje cztery twarze
pielgrzymowały do jednego oblicza.
Nieznanego nikomu.
To, czego szukali moi czterej wrogowie
w całości było z materii światła.
To, czego się obawiali najbardziej
błądziło w tunelach, ślepe.
Lekcja znikania
Porównaj barwę swego ciała z barwą ziemi.
Przekonaj się, że nie są jednakie.
Oddaj wzrok niezliczonym słońcom
poprzedzającym ziemskie światło,
a świat wypuści Cię ze swoich ramion.
Zanurz dłonie w rozmodlonych wodach rzeki.
Dowiedz się, że nie są pyłem.
Dopiero lodowata kipiel oczyści glinę
z piasku, z godzin.
Buty o kilka numerów za duże
Niechęć do zakupów była w mojej rodzinie
przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Nie cierpiał ich mój dziadek, jego niepokorny
syn niejednokrotnie wyrywał się matce, gdy
ta próbowała mu coś kupić. Mężczyźni
w mojej jak najbardziej normalnej rodzinie
mieli z reguły mało ubrań. Dwie pary spodni,
kilka koszul, płaszcze przekazywane
uroczyście lub dziedziczone w chwili śmierci
ich posiadacza. Buty też. Kiedy jednak
nagle zmarł wujek, musieliśmy go
pochować w butach po ojcu. Okazały się
ponadto o kilka numerów za duże.
Nie będzie w nich biegał - skwitowała babcia.
Wcale nie próbował wybiec z kaplicy, gdy mu
je zakładano. Nogi miał nieruchome i sztywne.
Trony
Wysokie krzesła
w zamkniętym pubie
na rogu ruchliwej ulicy.
Uśpione rzędy po
nieudanym spektaklu.
Ławki przy plaży
w martwym sezonie.
Odrapane. Niczyje.
Ślady na piasku
zasypywane
zasypywane.
Świat wyższy
odbija się w materii.
Kalekie przegląda się
w doskonałym.
Te wymarłe miejsca.
Te wszystkie puste trony
czekające na sprawiedliwych.
Epsilon
Przekonanie że dwie proste równoległe
nie przetną się w jednym punkcie
jest w co wierzę niczym nieuzasadnione.
W oczach czapli światło letniego wieczoru
posiada barwę jakiej nie odkrył późny barok.
Linie życia prawie zawsze kończą się okręgiem
zanim dotrą do nieruchomego teraz.
Ostatecznie położą cię w tym samym pokoju
wzruszy cię dobrze ci znany krajobraz.
Piłka w dzieciństwie wysoko podrzucona do góry
sama się potoczy pod szpitalne łóżko.
Zacznij raczej od punktu poza spiralą.
Oczy
Mogły widzieć więcej.
Jak bowiem wyjaśnić
ten permanentny stan głodu?
Chciałyby widzieć wyraźnie.
Za oknem znoszą jabłka z sadu.
W taką pogodę odsłaniają się
ośnieżone masywy górskie.
Mogły kiedyś naprawdę widzieć.
Co zobaczą w momencie
zatrzymania serca i źrenic?
Chciałyby ujrzeć cokolwiek.
Topnieje śnieg. Kosze pełne
jabłek wnoszą do piwnic.
Lumen
Dotkliwa wada wzroku
zmusiła mnie do zawiłych
poszukiwań w krętych korytarzach
nieczynnych sztolni. Moje cztery twarze
pielgrzymowały do jednego oblicza.
Nieznanego nikomu.
To, czego szukali moi czterej wrogowie
w całości było z materii światła.
To, czego się obawiali najbardziej
błądziło w tunelach, ślepe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)