http://www.dabrowa-gornicza.pl/aktualnosc-12-24041-manewry_poetow.html
W zeszłym tygodniu odbyło się kolejne spotkanie z cyklu Poligon Poetów. Swoją twórczość zaprezentowały dwie autorkii, odbył się też „Turniej Jednego Wiersza”.
Impreza, zorganizowana po raz czwarty przez Dąbrowską Brygadę Poetycką, odbyła się 21 marca w Muzeum Miejskim „Sztygarka”.
- Tym razem zaproszone zostały dwie autorki o dość zróżnicowanej dykcji poetyckiej. Pierwsza z nich: Marzena Orczyk–Wiczkowska – reprezentantka Brygady i Dąbrowy, laureatka ogólnopolskich konkursów oraz autorka debiutanckiego tomiku „Grypsy z panoptikonu”. Naprzeciwko niej stanęła Joanna Proszowska–Starkowska – reprezentantka Grupy Poetyckiej „Obok Sceny” oraz Bytomia, prezentowała dotąd swoje wiersze w antologiach pokonkursowych oraz w mediach. Jeszcze przed debiutem książkowym – opowiada Patryk Chrzan z DBP.
Przed spotkanie panie sfotografowały się przed czołgiem „Ordon”, stojącym przy budynku dąbrowskiego muzeum.
Oprócz prezentacji poezji i rozmów z zaproszonymi gośćmi, przeprowadzono również „Turniej Jednego Wiersza”. Literacki pojedynek wygrała Daria Dziedzic z Dąbrowy Górniczej, która przedstawiła wiersz „[moja bohaterka nie pisze już wierszy]”. Wyróżnienie trafiło do Natalii Majki z Będzina za utwór „bo często się mijamy”. Zebranym przygrywała na gitarze Mariola Konieczna. Następne spotkanie zaplanowano na maj.
Daria Dziedzic Ur. 17.09.1977roku w Dąbrowie Górniczej.Absolwentka Filologii Polskiej i podyplomowego Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej na US w Katowicach. Zajmuje się pisaniem recenzji,pisze wiersze i prozę. Wydała trzy tomiki wierszy: Anioły, sny, wiersze(2003 rok, Nowy Świat), Wyspę (2010 rok, Mamiko)i cracka (2014, Gniotownik, Poznań) Laureatka wielu konkursów literackich.Mieszka w Dąbrowie Górniczej.
czwartek, 11 kwietnia 2013
środa, 3 kwietnia 2013
Wiersze Marzeny Orczyk - Wiczkowskiej głównego gościa marcowego Poligonu Poetów
gołota przegrywa
tak to jest. tracisz siły, miasta w tobie przesuwają się,
dżipies zawodzi. płyty tektoniczne zachodzą
na siebie. góry, morza szaleją. wylewa się wszystko
z ciebie, z nich, a cierpi na tym tylko kolejny
mityczny kontynent, kolejna atlantyda.
nie lubię, kiedy potęgi padają jak źdźbła
koszonej trawy. nie lubię wychodzić na ring
z uśmiechem czirliderki. nie lubię,
gdy kończy się miłość, urlop, życie. a ty?
czujesz się jak pokonany gladiator?
jeszcze nie jest tak źle, krew nie tryska,
nie potrzeba chirurga. czerwony narożnik pusty.
pusto też dzisiaj w mieście, nawet światła
jakby bledsze. na bezkresnych drogach korki,
choć nikt tego nie nazywa ucieczką. w piątej rundzie
gołota pada. niech będą pozdrowieni zwycięzcy.
druga atlantyda
od tego zacznij: otwórz oczy. obejrzyj
w powiększeniu swój włos, płatek jaśminu,
śnieżynkę. poprowadź miękką linię stąd,
aż do początku. tak hipotetycznie, wbrew rozsądnym
radom. ufaj, nim pierwotne słowa przybiorą barwę
krwawej apokalipsy. twoja głowa i serce
leżą w hibernacji na półkach obok jagnięcego mięsa.
wszystkie awaryjne plany, ustatkowane łódeczki,
którymi przeprawiasz się teraz przez wielką wodę
balii - padną. przetrwają tylko (jak zawsze) mity.
struktury ulotne o żelbetonowych fundamentach.
bajki takie jak ty i ja.
dwa tysiące dwunasty, wielkie literackie debiuty,
wojenne poruszenia, pokojowe praktyki,
religijne uniesienia - to wszystko
jest już drugą atlantydą. spójrz, jak pruje się ta nić.
planety uciekają z orbit, orbity od swoich znaczeń.
czujesz zbliżające się zmiany? widać je
przez wewnętrzny teleskop. radar penetruje
najciemniejsze obszary. jeśli ustawisz właściwą
częstotliwość, usłyszysz cichutkie brzęczenie
kosmicznej, jednodniowej jętki.
(taradamtamtam. it`s a final countdown?)
kartka z zielonego zeszytu
pasujesz tutaj. może za mało ciebie na innych falach?
na zimnych fiordach i w pępku świata? nieobecność
jest lodołamaczem. najpierw wielkie bryły, toporne.
potem coraz mniejsze, wreszcie pył. szron na skórze.
kaju, gerdo, w dzieciństwie musiano wam opowiadać bajki
o ludziach zapisujących swoje życie w zielonym zeszycie.
przy niedzieli: wypad za miasto, do miejsca, w którym stała kiedyś
twierdza nie do zdobycia. poniedziałek: wydatki na opał. wtorek:
oddaliśmy całych siebie sobie. w środę zmiana na czwartek,
nocka. po niej pierwszy tej jesieni śnieg, dwanaście godzin
w chłodzie. w piątek jesteś kapitanem titanica, salutujesz morzu.
czekasz na falę, pocałunek królowej. serca nie złamie ci
już żadna osobista katastrofa, poza tą ukrytą, zimną.
opiłek wpadnie do oka jakiemuś smutnemu chłopcu -
nic nie powie. będzie się przyglądał dryfującym,
zanim na jego twarzy stężeje kropla.
lasso
apostołowie mieli fajne imiona.
oprócz judasza, ale on się nie liczy,
jesteśmy przecież idealistami.
moja matka mówiła mi często,
że najładniejszym imieniem męskim
jest: piotr, a najlepiej brzmiące nazwiska to te,
kończące się na: ski i cki,
a co z nazywaniem nienazwanego?
czy imię jest dźwiękową manifestacją człowieka,
czy może człowiek materializacją imienia?
bardzo lubimy jasno określać.
krzyczeć: tu cię mam, łapać na lasso.
najbezpieczniej zachować niewinność.
wypowiedzieć zaklęcie. strzelić z plastikowego colta,
w piaskownicy zbudować wieżę, która dotknie chmur.
na koniec wymienić się łopatkami.
wchłaniać piasek, kochać piasek, zdradzać piasek.
holy casino
w świecie równoległym konrad wallenrod
został dilerem marihuany. czy to nie zabawne,
kochanie? moja kostka do gry pokazuje szóstkę.
dlaczego nie wyciągniesz wniosków
z nagłego powrotu na linię startu?
wierzę w einsteina, tutenchamona, coperfielda,
bo przestrzeń niewątpliwie jest zakrzywiona.
pełna odłamków potłuczonych lusterek,
z których najmniejszy wbił się w palec serdeczny
głuchego suflera teatru, w którym teraz i nigdy
grane jest bez przerwy, a czarne lub białe róże
spadają na deski z równym prawdopodobieństwem.
tak właśnie wygląda świątynia tej gry. holy casino.
zajrzyj i ty. jedyne, co ci gwarantuję, to wygrana
lub strata. to jest kochanie jedyna zapłata
za pokładane nadzieje. zobacz, pan bóg się śmieje,
za usilne starania cofa cię do zarania,
do miejsca, gdzie ukryte jest białe, skurczone ubranko.
płasko zasuszone jak płatek magnolii w podręczniku
anatomii. poczytaj mi proszę, z czego składa się człowiek.
obiecaj, że wszystko się zmieni. wszystkie cudze błędy
zostaną naprawione. trafnym wyborom ponownie
przyjrzy się komisja. mgła pochłonie wszystko,
potem od początku, choć początku nie ma.
w świecie równoległym życie trwa nieprzerwanie.
język płonie. wyrwane odrasta.
tak to jest. tracisz siły, miasta w tobie przesuwają się,
dżipies zawodzi. płyty tektoniczne zachodzą
na siebie. góry, morza szaleją. wylewa się wszystko
z ciebie, z nich, a cierpi na tym tylko kolejny
mityczny kontynent, kolejna atlantyda.
nie lubię, kiedy potęgi padają jak źdźbła
koszonej trawy. nie lubię wychodzić na ring
z uśmiechem czirliderki. nie lubię,
gdy kończy się miłość, urlop, życie. a ty?
czujesz się jak pokonany gladiator?
jeszcze nie jest tak źle, krew nie tryska,
nie potrzeba chirurga. czerwony narożnik pusty.
pusto też dzisiaj w mieście, nawet światła
jakby bledsze. na bezkresnych drogach korki,
choć nikt tego nie nazywa ucieczką. w piątej rundzie
gołota pada. niech będą pozdrowieni zwycięzcy.
druga atlantyda
od tego zacznij: otwórz oczy. obejrzyj
w powiększeniu swój włos, płatek jaśminu,
śnieżynkę. poprowadź miękką linię stąd,
aż do początku. tak hipotetycznie, wbrew rozsądnym
radom. ufaj, nim pierwotne słowa przybiorą barwę
krwawej apokalipsy. twoja głowa i serce
leżą w hibernacji na półkach obok jagnięcego mięsa.
wszystkie awaryjne plany, ustatkowane łódeczki,
którymi przeprawiasz się teraz przez wielką wodę
balii - padną. przetrwają tylko (jak zawsze) mity.
struktury ulotne o żelbetonowych fundamentach.
bajki takie jak ty i ja.
dwa tysiące dwunasty, wielkie literackie debiuty,
wojenne poruszenia, pokojowe praktyki,
religijne uniesienia - to wszystko
jest już drugą atlantydą. spójrz, jak pruje się ta nić.
planety uciekają z orbit, orbity od swoich znaczeń.
czujesz zbliżające się zmiany? widać je
przez wewnętrzny teleskop. radar penetruje
najciemniejsze obszary. jeśli ustawisz właściwą
częstotliwość, usłyszysz cichutkie brzęczenie
kosmicznej, jednodniowej jętki.
(taradamtamtam. it`s a final countdown?)
kartka z zielonego zeszytu
pasujesz tutaj. może za mało ciebie na innych falach?
na zimnych fiordach i w pępku świata? nieobecność
jest lodołamaczem. najpierw wielkie bryły, toporne.
potem coraz mniejsze, wreszcie pył. szron na skórze.
kaju, gerdo, w dzieciństwie musiano wam opowiadać bajki
o ludziach zapisujących swoje życie w zielonym zeszycie.
przy niedzieli: wypad za miasto, do miejsca, w którym stała kiedyś
twierdza nie do zdobycia. poniedziałek: wydatki na opał. wtorek:
oddaliśmy całych siebie sobie. w środę zmiana na czwartek,
nocka. po niej pierwszy tej jesieni śnieg, dwanaście godzin
w chłodzie. w piątek jesteś kapitanem titanica, salutujesz morzu.
czekasz na falę, pocałunek królowej. serca nie złamie ci
już żadna osobista katastrofa, poza tą ukrytą, zimną.
opiłek wpadnie do oka jakiemuś smutnemu chłopcu -
nic nie powie. będzie się przyglądał dryfującym,
zanim na jego twarzy stężeje kropla.
lasso
apostołowie mieli fajne imiona.
oprócz judasza, ale on się nie liczy,
jesteśmy przecież idealistami.
moja matka mówiła mi często,
że najładniejszym imieniem męskim
jest: piotr, a najlepiej brzmiące nazwiska to te,
kończące się na: ski i cki,
a co z nazywaniem nienazwanego?
czy imię jest dźwiękową manifestacją człowieka,
czy może człowiek materializacją imienia?
bardzo lubimy jasno określać.
krzyczeć: tu cię mam, łapać na lasso.
najbezpieczniej zachować niewinność.
wypowiedzieć zaklęcie. strzelić z plastikowego colta,
w piaskownicy zbudować wieżę, która dotknie chmur.
na koniec wymienić się łopatkami.
wchłaniać piasek, kochać piasek, zdradzać piasek.
holy casino
w świecie równoległym konrad wallenrod
został dilerem marihuany. czy to nie zabawne,
kochanie? moja kostka do gry pokazuje szóstkę.
dlaczego nie wyciągniesz wniosków
z nagłego powrotu na linię startu?
wierzę w einsteina, tutenchamona, coperfielda,
bo przestrzeń niewątpliwie jest zakrzywiona.
pełna odłamków potłuczonych lusterek,
z których najmniejszy wbił się w palec serdeczny
głuchego suflera teatru, w którym teraz i nigdy
grane jest bez przerwy, a czarne lub białe róże
spadają na deski z równym prawdopodobieństwem.
tak właśnie wygląda świątynia tej gry. holy casino.
zajrzyj i ty. jedyne, co ci gwarantuję, to wygrana
lub strata. to jest kochanie jedyna zapłata
za pokładane nadzieje. zobacz, pan bóg się śmieje,
za usilne starania cofa cię do zarania,
do miejsca, gdzie ukryte jest białe, skurczone ubranko.
płasko zasuszone jak płatek magnolii w podręczniku
anatomii. poczytaj mi proszę, z czego składa się człowiek.
obiecaj, że wszystko się zmieni. wszystkie cudze błędy
zostaną naprawione. trafnym wyborom ponownie
przyjrzy się komisja. mgła pochłonie wszystko,
potem od początku, choć początku nie ma.
w świecie równoległym życie trwa nieprzerwanie.
język płonie. wyrwane odrasta.
czwartek, 28 marca 2013
Zaproszenie na wieczór JERZEGO HAJDUGI i WOJCIECHA ROSZKOWSKIEGO połączony z prezentacją videoartów na motywach prac KRZYSZTOFA SCHODOWSKIEGO i BARTOSZA "Wołka" WOŁKOWSKIEGO wieczór poprowadzi dla Państwa Ewa Włodarska 13.04.2013
JERZEGO HAJDUGI i WOJCIECHA ROSZKOWSKIEGO
połączony z prezentacją videoartów
na motywach prac
KRZYSZTOFA SCHODOWSKIEGO
i
BARTOSZA "Wołka" WOŁKOWSKIEGO
wieczór poprowadzi dla Państwa
Ewa Włodarska
13.04.2013 (sobota), godz.18:00
"Klub pod Jaszczurami"
Kraków, Rynek Główny 8
połączony z prezentacją videoartów
na motywach prac
KRZYSZTOFA SCHODOWSKIEGO
i
BARTOSZA "Wołka" WOŁKOWSKIEGO
wieczór poprowadzi dla Państwa
Ewa Włodarska
13.04.2013 (sobota), godz.18:00
"Klub pod Jaszczurami"
Kraków, Rynek Główny 8
Wiersze Kacpra Płusy - za pozwoleniem Autora
ekfraza wg obrazu infantka tomasza sętowskiego
avon – lea nie należy do nas. strzechy żrą pod dotykiem. to wkurwione konie
wcale nie są jak włosy, raczej jak gdziekolwiek. wyrastają z chlebem i solą
by spalić je w joincie. literackie środki przeciw postępowi, wpisane w krajobraz,
pod sukienkami kobiet okna na świat wsi, w której pod gorsetem reguł
przysypia pan komisarz w popiele petów. próbuje wstać nim odezwą się wrzody.
o świcie nierówny chodnik imituje schody. wszyscy lubimy się wspinać na tę modłę
czasem kapelusz zostaje w domu powieszony w ofierze
za niedzielnych bogów i krwawiące żony.
zegar ma czas. chce urwać się z pracy. celuje wskazówką jak kąśliwym żartem.
motyw przyjaźni z kosą. przyjdą razem z remizy naprzeciw oczu, przez sztachety i pola
jeszcze przed północą. przyjdą. przyjdą, przemówią. przemówią do pani. uderz się w piersi
albo zdejmij stanik.
praska jesień
złotokamieniste liście na żelaznej stoją dumnie na straży. strzegą swego lądu.
choć im tu nie buduje nikt łuków triumfalnych.
kto przybędzie zakocha lub nie wyjdzie cało w klimacie perskim przedwojennej warszawy.
w rytm zabrzmi rzucona pospiesznie moneta, a na gębę opadnie milczenia podkowa.
grają, tak samo grają trylogiami tryli. na akordy cień wznoszą przepastne podwórza
kiedy właśnie na skrzyni trwa nowe rozdanie.
dziad biegły nieważne w walce czy pijaństwie. za nim młodzik - ostatni taki w swoim fachu.
muszę, o! jak bardzo muszę z nim pogadać zanim go nie pochłoną wieże babilonu.
f20
szpital szczerzy wyszczerbione szyby. deszcz rzewny jak płacz. idę korytarzem.
piotrek patrzy na mnie i pieprzy, że jest o nim napisane w brewiarzu.
pożycza paczkę papierosów.
mnie wyniszczają wiersze, toczy choroba. żywność zrzuca się z okna przez otwór w kracie. tam, gdzie sanitariusze chodzą kurzyć.
przesiąknięte tytoniem piżamy nie pachną piżmem. powietrze nabrzmiewa jak gruczoł.
przerwany życiorys został na zewnątrz. wysyłam smsa do kasi. pozostaje bez odpowiedzi.
,,Chyba chcesz się rozstać” – piszę.
jeszcze gorsza gra w scrabble dla zabicia czasu. tutaj każdy układa sobie śmierć na sześć liter.
rafał twierdzi, że woła go żona. tęskni za rodziną. drżą mu ręce i codziennie o szóstej parzy herbatę. jarek próbuje zachować wstrzemięźliwość od alkoholu. nagrywa mi płytę nirwany.
w głowie chichoczą halucynacje. diagnoza schizofrenia i do końca życia lekarz prowadzący.
od teraz muszę wziąć się w garść
zolafrenu.
prąd zmienny
mózg jest pełen zagnieceń niczym zmięta kartka.
spuszczony z łańcucha pies pawłowa z błyskiem
odruchu w zębach, wypluwaną kością. ciszą przed burzą.
ma swoją marchewkę i patyk. w meandrach tańczy białe tango.
rytm wybijany na transformatorach, synapsach.
porażony słońcem, jazzem, alkoholem. destyluje
sekwencje zdarzeń. przekrój kabli staje się przejrzysty
przepuszcza wiązkę światła. podobnie jak pamięć.
okulary
jak minęła podróż w dżdżysty czerwiec? pociąg wlókł się bezdrożami.
do stacji piotrków było jeszcze trzy kwadranse. przed oczami twój obraz.
gdy czysta jak wódka w klubie jazzga tańczysz foxtrota na trzy czwarte
a teraz peron. w ustach papieros. trzymam naręcze róż i szampana.
deszcz szemrze. dwudziesta trzecia czterdzieści trzy. taksówka czeka.
dojeżdżam pod wskazany adres. ukazujesz się w otwartych drzwiach.
całuję ciebie w twoje okulary z języczkiem, z języczkiem u wagi
przesuwam swoją ciepłą ręką po wewnętrznej stronie uda. proszę
uchyl rąbka tajemnicy. uchyl rąbek u spódnicy
avon – lea nie należy do nas. strzechy żrą pod dotykiem. to wkurwione konie
wcale nie są jak włosy, raczej jak gdziekolwiek. wyrastają z chlebem i solą
by spalić je w joincie. literackie środki przeciw postępowi, wpisane w krajobraz,
pod sukienkami kobiet okna na świat wsi, w której pod gorsetem reguł
przysypia pan komisarz w popiele petów. próbuje wstać nim odezwą się wrzody.
o świcie nierówny chodnik imituje schody. wszyscy lubimy się wspinać na tę modłę
czasem kapelusz zostaje w domu powieszony w ofierze
za niedzielnych bogów i krwawiące żony.
zegar ma czas. chce urwać się z pracy. celuje wskazówką jak kąśliwym żartem.
motyw przyjaźni z kosą. przyjdą razem z remizy naprzeciw oczu, przez sztachety i pola
jeszcze przed północą. przyjdą. przyjdą, przemówią. przemówią do pani. uderz się w piersi
albo zdejmij stanik.
praska jesień
złotokamieniste liście na żelaznej stoją dumnie na straży. strzegą swego lądu.
choć im tu nie buduje nikt łuków triumfalnych.
kto przybędzie zakocha lub nie wyjdzie cało w klimacie perskim przedwojennej warszawy.
w rytm zabrzmi rzucona pospiesznie moneta, a na gębę opadnie milczenia podkowa.
grają, tak samo grają trylogiami tryli. na akordy cień wznoszą przepastne podwórza
kiedy właśnie na skrzyni trwa nowe rozdanie.
dziad biegły nieważne w walce czy pijaństwie. za nim młodzik - ostatni taki w swoim fachu.
muszę, o! jak bardzo muszę z nim pogadać zanim go nie pochłoną wieże babilonu.
f20
szpital szczerzy wyszczerbione szyby. deszcz rzewny jak płacz. idę korytarzem.
piotrek patrzy na mnie i pieprzy, że jest o nim napisane w brewiarzu.
pożycza paczkę papierosów.
mnie wyniszczają wiersze, toczy choroba. żywność zrzuca się z okna przez otwór w kracie. tam, gdzie sanitariusze chodzą kurzyć.
przesiąknięte tytoniem piżamy nie pachną piżmem. powietrze nabrzmiewa jak gruczoł.
przerwany życiorys został na zewnątrz. wysyłam smsa do kasi. pozostaje bez odpowiedzi.
,,Chyba chcesz się rozstać” – piszę.
jeszcze gorsza gra w scrabble dla zabicia czasu. tutaj każdy układa sobie śmierć na sześć liter.
rafał twierdzi, że woła go żona. tęskni za rodziną. drżą mu ręce i codziennie o szóstej parzy herbatę. jarek próbuje zachować wstrzemięźliwość od alkoholu. nagrywa mi płytę nirwany.
w głowie chichoczą halucynacje. diagnoza schizofrenia i do końca życia lekarz prowadzący.
od teraz muszę wziąć się w garść
zolafrenu.
prąd zmienny
mózg jest pełen zagnieceń niczym zmięta kartka.
spuszczony z łańcucha pies pawłowa z błyskiem
odruchu w zębach, wypluwaną kością. ciszą przed burzą.
ma swoją marchewkę i patyk. w meandrach tańczy białe tango.
rytm wybijany na transformatorach, synapsach.
porażony słońcem, jazzem, alkoholem. destyluje
sekwencje zdarzeń. przekrój kabli staje się przejrzysty
przepuszcza wiązkę światła. podobnie jak pamięć.
okulary
jak minęła podróż w dżdżysty czerwiec? pociąg wlókł się bezdrożami.
do stacji piotrków było jeszcze trzy kwadranse. przed oczami twój obraz.
gdy czysta jak wódka w klubie jazzga tańczysz foxtrota na trzy czwarte
a teraz peron. w ustach papieros. trzymam naręcze róż i szampana.
deszcz szemrze. dwudziesta trzecia czterdzieści trzy. taksówka czeka.
dojeżdżam pod wskazany adres. ukazujesz się w otwartych drzwiach.
całuję ciebie w twoje okulary z języczkiem, z języczkiem u wagi
przesuwam swoją ciepłą ręką po wewnętrznej stronie uda. proszę
uchyl rąbka tajemnicy. uchyl rąbek u spódnicy
niedziela, 24 marca 2013
Wiersze Joasi Proszowskiej - gościa Dąbrowskiej Brygady Poetyckiej - za pozwoleniem Autorki
Absolwentka matematyki finansowej. Mieszka w Bytomiu. Pisze od zawsze.
Publikowała w antologiach pokonkursowych, tomiku zaprzyjaźnionej grupy poetyckiej „Obok Sceny”, w prasie, radiu i internecie.
Obecnie, zakończywszy twórczą i pełną radości pracę nad debiutanckim tomikiem, szuka wydawcy. W międzyczasie stawia pierwsze, męczące kroki w globalnej korporacji. Póki co, patrzy w przyszłość z optymizmem. Lubi remonty.
BALLADA O WYRZYNARCE
Przymierzasz brzeszczot jak zwiewną suknię.
Mruczysz, gdy przesuwam palcem po ostrzu,
rozgrzewam silnik, rozkładam partyturę
desek. Za chwilę rozpocznie się taniec w rytmie
maja. Porwie nas nurt.
Wchodzisz w drewno jak w złocisty muł.
Z wysokich wież sypią się wióry – kalekie rusałki.
Strzeżcie się mężczyźni, strzeżcie się ciemnych lasów,
bagnistych polan, nieznanych rzek. Albowiem
śpiew jest pułapką.
Wchodzisz w drewno jak w brunatne błoto.
Muzyka przeszkadza tym, którzy nie rozumieją
wyzwolenia włókien, wycinania kształtów.
Ty – przedłużenie ramion – chcesz tworzyć,
chcesz czytać słoje jak linie papilarne.
Wchodzisz w drewno, wchodzisz w korę.
Wchodzisz w łyko, wchodzisz w ścięgna.
Niech więc stanie się korowód, niech kobiety
rozpuszczą włosy, rozsypią wianki. Ułożymy
kawałki w stos, wyrzeźbimy świątynię.
Zdejmij suknię i patrz.
Patrz, jak płonie żywica.
WOODSTOCK 2008
I
Pamiętasz, jest tak.
Wbijanie śledzi, odpowiednie
napięcie żyłek, dekoracja wnętrza:
karimata, kosmetyczka, koc.
Jest prawie jak wtedy, tylko więcej błota.
I lepki kurz. Jest prawie tak samo, tylko
jeszcze scena i trochę może brud.
Rząd toi. Kolejki do umywalek.
II
Uważaj, gdzie stawiasz dom.
Tyle jest puszek na piasku, tyle szkła.
A przecież nie chcemy tu krwi.
Chcemy tańczyć, tańczyć, rozrywać
koszule pod sceną.
Wypijać, rozpijać.
III
Twoja ulubiona wokalistka fałszuje,
ale to nieistotne. Liczą się światła,
liczy się pot. Oczu nie ogranicza tropik.
Jesteś kim chcesz, z kim chcesz,
gdziekolwiek, kiedykolwiek, na przekór.
Masz farbę na rękach. Papierosa w ustach.
IV
Uważaj, z kim stawiasz dom.
Bo to jest wiatr, to dym, to proch.
A przecież nie chcemy tu płaczu.
Chcemy tańczyć, tańczyć, rozrywać
koszule na łóżkach.
Rozpijać i spijać. Ten sok.
WYLINKA
I
Pęka skóra. Pęka przetarty jeans.
Tak zaczyna się każde linienie –
znajdujemy oazy, ssiemy kciuki. W pozycjach
embrionalnych czuwamy.
Rozrywamy kręgosłup. Rozrywamy szwy.
Napinanie mięśni jest walką. Trzeba
wyjść z mlecznego ciepła, wykroić kości.
Ułożyć puzzle jak pancerz.
II
A my w tym linieniu zwierzęco, bezwstydnie.
A my w tym linieniu rytmicznie, cyklicznie.
Zatopieni w żywicy. Rozproszeni jak
światło. Gdy nabrzmiewa jeans.
Gdy rozrasta się płód.
MIŁOŚĆ (OGNISKO 2009)
I
Zabawa zaczyna się od zapałek:
potarcie i błysk,
przetarcie i ciepło.
Ktoś częstuje nas dymem.
Ktoś podaje drewno.
II
Czwarta nad ranem:
wymiotuje Dagmara,
a Piotr przytrzymuje jej włosy, jej cień.
Czwarta nad ranem:
wchodzę w ognisko,
a Szymon odciąga mój kontur, mój żar.
III
Przekazujemy sobie gwiazdy, mgławice.
Ktoś gra na gitarze, ktoś tańczy, ktoś śpiewa.
Nie ma w nas błota, nie ma w nas zimna.
Tłuczemy butelki. Już piąta.
BALLADA O WYKRAWANIU
I
Nie widzę i nie jest to metafora.
Jakby rozmazali mi kadr, wycięli drzewa.
Włosy wypadają. Las się przerzedza.
Łuszczy się kora i tynk.
II
Ale wciąż mówię: siej.
Niech wzrasta, wyrasta. Trawa i mięsień.
Fundament i korpus.
Niech ruszy, wykruszy.
III
Tymczasem piła zagłębia się
w miękkie ciało, plastyczne ciasto.
Wycieka sok.
IV
Ale wciąż mówię: tnij.
Jest we mnie twardość jatoby,
odporność na wilgoć, na pleśń.
Jest we mnie sprężystość merbau,
odporność na obrzęk, na ból.
V
Tymczasem karczują brwi. Szepczą:
upada twój pień, rozpada się słój.
I toczy się, toczy. Bez prądu, bez tchu.
CORPO
I
To świt widziany przez szyby autobusu mówi mi: corpo.
Uśmiecha się, wydyma czerwone usta. Wstajemy.
II
Corpo, corpo – wystukuję obcasami ten rytm.
Przechodzę korytarzem, jestem szumem wentylatorów, jestem
sztucznym światłem. Parzę powieki. Parzę kawę, która może
postawi mnie na nogi, może postawię na swoim.
Corpo, corpo – wystukuję obcasami ten rytm.
III
Jest coś na pewno poza korytarzem, poza bielą kartek. Wiem,
widzę przecież przez te szklane tafle. Ptaki, ptaki, kropki.
Jest coś na pewno poza sztucznym światłem.
IV
To szron na szybach autobusu mówi mi: corpo.
Wracam do domu. Jest zimny, jest pusty. Starta czerwień
gardła. Wciąż powtarza jak mantrę, bezgłośnie.
Corpo, corpo – spala, wypala – na popiół, na śmierć.
REMONTY, POPIOŁY, GŁADŹ
Nagle siwiejemy.
Nie porywa nas już nurt, już puls, już tamto nieprzerwane bicie.
Siwiejemy jak siwieją kruche tynki i farby –
podziurawiony ogon pawia, pojedyncze łuski kolorów.
Wczoraj jeszcze machaliśmy szpachelkami.
Ostrza wyginały się jak zabrudzone flagi w oknach.
Nie wierzymy już w biel i krew. Nie wierzymy w ostatnie namaszczenie
tapet, zanim podważymy je i zerwiemy, klnąc
na kolejne warstwy. Wolimy odrapane ściany, ich odżywczy chłód,
dotyk kleju na skórze. Może ból.
Siwiejemy. Pękają drobne ziarna włosów, cienkie nitki pyłu.
Wyrzucamy z ust porcelanę. Wyrzucamy tarcze.
Kruche kawałki powietrza.
WDECH
Pierwszy:
tak szybko połykam haczyk.
Gładzę brzuch i myślę o niej. Nazywam.
Emilka: zarodek,
półtora milimetra długości.
A jednak ją czuję.
…
Drugi:
głupieję od tego wszystkiego.
Spotykam same kobiety w ciąży. Wzruszam się.
Emilka: zarodek,
organy wielkości ziarenek piasku.
Często do niej mówię.
…
Trzeci:
i miotam się jak wyrzucona na powierzchnię ryba.
Widzę dwie czerwone kreski. Jedną na teście.
Emilka: zarodek,
którego nie było.
Strużka krwi na moim udzie.
ALABASTER
Moja twarz jak miodu plaster.
Słodka, spróbuj. Obejrzyj przez lupę.
Jestem kolekcją powtarzających się części.
Jestem symetrią. Mozolnie stworzona.
Teraz rozpada się moje ciało. Wystarczy, że
porysujesz mnie paznokciem, posolisz. Zapiecze.
Ale jestem. Wygładzona. Wyrzeźbiona.
Moja twarz jak alabaster.
WYDECH
Ostatni:
i wpadam pod powierzchnię, powietrze ucieka.
Wszystko takie miękkie. Wszystko przytłumione.
Dziecko, ciałko,
dlaczego jesteś sina?
I tylko na sali bardzo, bardzo cicho.
…
Pomiędzy wdechem i wydechem tyle się dzieje.
W kalejdoskopie:
Czuwanie, Czekanie.
Zlewają się wszystkie odcienie.
Jeden przebłysk wystarcza.
…
Wcześniej cała spęczniała, teraz na wiór sucha.
Wczoraj jeszcze nietknięta, dzisiaj porozcinana.
Pomiędzy wdechem i wydechem tyle się zmienia.
Miałaś być zupełna, nie masz nawet imienia.
WYCINKA
I
Dogasam i nie jest to metafora.
Jakby przysypał mnie popiół,
przemoczył deszcz. Brakuje drewna.
Iskra się kończy.
Kończy się dreszcz.
II
Wiosna.
Budzę się z bólem brzucha,
ale to nieistotne,
bo ktoś w tym czasie umiera.
Ktoś się ode mnie odcina.
III
A ziemia się toczy, się toczy i tępi ostrza,
rozsypuje wióry, rozprasza, przestawia.
A ziemię się toczy, się toczy, obrabia
i tworzy. Bo kształt jest ważny.
Kształt wszystko tłumaczy.
ARYTMIA
Szymonowi
I
Cicho, cicho.
Następne wędrówki przed nami. Powiewa
flaga. Docieramy na zmiany.
Plaża jest pusta.
II
Niech cię nie zwiedzie moja arytmia.
To tylko mięsień – skurcze, rozkurcze.
Uderzają fale kolejno o skały.
Mielizny bielizny.
Niech cię nie zwiedzie moja arytmia.
To tylko chwila – rozkładam, wchodzisz.
Uderza czerwień, paruje ślina.
Wypluwa nas morze.
III
Arytmia, arytmia – wciąż liczymy kroki,
rozgryzamy wykresy, zaciskamy dłonie.
Łuszczą się tkanki, kruszeją ściany.
Pulsuje dotyk.
OBMYWANIE
„Kobiety przychodzą we śnie,
kładą na mnie kwiaty,
myją i namaszczają.”
(Kornelia Chojnacka, ***)
I
Powtarzam, powtarzaj: nie jest tak zimno.
Odkąd ramiona są śliskie, nie-bliskie.
Odkąd odchodzi chłopiec i chłodzi.
Powtarzam, powtarzaj: nie jest mi zimno.
II
Tak pięknie wyglądasz bez makijażu
(zmytym, obmytym przez twoje kobiety:
do lśnienia, błyszczenia, do przesuszenia).
Tak gładko przechodzi nożyk przez płótno.
III
Powtarzam, powtarzaj: nie jest mi zimno.
Rozruszam mięśnie, rozkruszysz pastele.
Zobaczysz, Kora, jak łuszczy się skóra.
Zacieki przetrzemy. Zamalujemy.
WYDMUCHIWANIE
Wszystkie drogi prowadzą przez szkło:
kruszone, szronione, weneckie, barwione,
satynowe, gięte, kwarcowe
i ręcznie robione, z powietrzem, jak ja.
Więc wygładź mnie piaskiem:
niech zejdzie naskórek,
niech zejdzie brud i śmieć.
Więc mnie zahartuj:
niech wzmocnią się kości,
niech moja struktura jak rozkład, jak plan.
…
A jeśli nie:
pozbieraj odłamki, wystaw na słońce.
Niech przejdą promienie, niech się rozszczepią.
Niech mnie zaleje cyna i blask.
BALLADA O WYKRWAWIANIU
„Albowiem do nas należeć będzie królestwo
empikowych półek”
(Weronika Górska, Poeci)
I
Są rzeczy zbyt intymne, aby o nich pisać.
Bo nic nie zostaje: nawet ręczniki, książki,
kieliszki, pościele. Nic nie zostaje.
Jest tylko
nasz powolny rozkład bioder,
nasz niekończący się odpływ krwi.
II
czy trzeba koniecznie wyrywać z trzewi
rozkręcać jelita rozbijać mięśnie
czy trzeba koniecznie o wszystkim co boli
co sączy co spuszcza wydziela opróżnia
jest zbyt intymnie aby o tym pisać
już cedzę przez zęby już chowam pomiędzy
nie chcę się nie chcę wykrwawiać na słowa
rozmieniać na drobne wybijać ze sztancy
III
Formują się układy naszych kręgosłupów.
Zmieniają się układy naszych odniesień.
Wciąż krople, wciąż drzazgi,
wciąż puste mieszkania.
I nic nie zostaje: nawet
punkt przy punkcie.
SYMETRIA
I
Przymierzam wiertło i drążę, i drążę.
Przez zmieniające się perspektywy, kolejne
przestrzenie, obłe krajobrazy.
Przez płatki śniegu. Przez pył, co wiruje.
II
Tak wchodzę głębiej:
tylko symetria,
bryły, spirale, liczby i łuki.
Muszle na piasku, wydmy, odpływy.
Widoczność tęczy, drgające struny.
Tylko symetria:
konstrukcja, destrukcja.
III
Tak wchodzę wcześniej:
jestem dziewczynką,
rodzice mówią – nie baw się prądem.
Przymierzam wiertło. I drążę, wciąż drążę.
Publikowała w antologiach pokonkursowych, tomiku zaprzyjaźnionej grupy poetyckiej „Obok Sceny”, w prasie, radiu i internecie.
Obecnie, zakończywszy twórczą i pełną radości pracę nad debiutanckim tomikiem, szuka wydawcy. W międzyczasie stawia pierwsze, męczące kroki w globalnej korporacji. Póki co, patrzy w przyszłość z optymizmem. Lubi remonty.
BALLADA O WYRZYNARCE
Przymierzasz brzeszczot jak zwiewną suknię.
Mruczysz, gdy przesuwam palcem po ostrzu,
rozgrzewam silnik, rozkładam partyturę
desek. Za chwilę rozpocznie się taniec w rytmie
maja. Porwie nas nurt.
Wchodzisz w drewno jak w złocisty muł.
Z wysokich wież sypią się wióry – kalekie rusałki.
Strzeżcie się mężczyźni, strzeżcie się ciemnych lasów,
bagnistych polan, nieznanych rzek. Albowiem
śpiew jest pułapką.
Wchodzisz w drewno jak w brunatne błoto.
Muzyka przeszkadza tym, którzy nie rozumieją
wyzwolenia włókien, wycinania kształtów.
Ty – przedłużenie ramion – chcesz tworzyć,
chcesz czytać słoje jak linie papilarne.
Wchodzisz w drewno, wchodzisz w korę.
Wchodzisz w łyko, wchodzisz w ścięgna.
Niech więc stanie się korowód, niech kobiety
rozpuszczą włosy, rozsypią wianki. Ułożymy
kawałki w stos, wyrzeźbimy świątynię.
Zdejmij suknię i patrz.
Patrz, jak płonie żywica.
WOODSTOCK 2008
I
Pamiętasz, jest tak.
Wbijanie śledzi, odpowiednie
napięcie żyłek, dekoracja wnętrza:
karimata, kosmetyczka, koc.
Jest prawie jak wtedy, tylko więcej błota.
I lepki kurz. Jest prawie tak samo, tylko
jeszcze scena i trochę może brud.
Rząd toi. Kolejki do umywalek.
II
Uważaj, gdzie stawiasz dom.
Tyle jest puszek na piasku, tyle szkła.
A przecież nie chcemy tu krwi.
Chcemy tańczyć, tańczyć, rozrywać
koszule pod sceną.
Wypijać, rozpijać.
III
Twoja ulubiona wokalistka fałszuje,
ale to nieistotne. Liczą się światła,
liczy się pot. Oczu nie ogranicza tropik.
Jesteś kim chcesz, z kim chcesz,
gdziekolwiek, kiedykolwiek, na przekór.
Masz farbę na rękach. Papierosa w ustach.
IV
Uważaj, z kim stawiasz dom.
Bo to jest wiatr, to dym, to proch.
A przecież nie chcemy tu płaczu.
Chcemy tańczyć, tańczyć, rozrywać
koszule na łóżkach.
Rozpijać i spijać. Ten sok.
WYLINKA
I
Pęka skóra. Pęka przetarty jeans.
Tak zaczyna się każde linienie –
znajdujemy oazy, ssiemy kciuki. W pozycjach
embrionalnych czuwamy.
Rozrywamy kręgosłup. Rozrywamy szwy.
Napinanie mięśni jest walką. Trzeba
wyjść z mlecznego ciepła, wykroić kości.
Ułożyć puzzle jak pancerz.
II
A my w tym linieniu zwierzęco, bezwstydnie.
A my w tym linieniu rytmicznie, cyklicznie.
Zatopieni w żywicy. Rozproszeni jak
światło. Gdy nabrzmiewa jeans.
Gdy rozrasta się płód.
MIŁOŚĆ (OGNISKO 2009)
I
Zabawa zaczyna się od zapałek:
potarcie i błysk,
przetarcie i ciepło.
Ktoś częstuje nas dymem.
Ktoś podaje drewno.
II
Czwarta nad ranem:
wymiotuje Dagmara,
a Piotr przytrzymuje jej włosy, jej cień.
Czwarta nad ranem:
wchodzę w ognisko,
a Szymon odciąga mój kontur, mój żar.
III
Przekazujemy sobie gwiazdy, mgławice.
Ktoś gra na gitarze, ktoś tańczy, ktoś śpiewa.
Nie ma w nas błota, nie ma w nas zimna.
Tłuczemy butelki. Już piąta.
BALLADA O WYKRAWANIU
I
Nie widzę i nie jest to metafora.
Jakby rozmazali mi kadr, wycięli drzewa.
Włosy wypadają. Las się przerzedza.
Łuszczy się kora i tynk.
II
Ale wciąż mówię: siej.
Niech wzrasta, wyrasta. Trawa i mięsień.
Fundament i korpus.
Niech ruszy, wykruszy.
III
Tymczasem piła zagłębia się
w miękkie ciało, plastyczne ciasto.
Wycieka sok.
IV
Ale wciąż mówię: tnij.
Jest we mnie twardość jatoby,
odporność na wilgoć, na pleśń.
Jest we mnie sprężystość merbau,
odporność na obrzęk, na ból.
V
Tymczasem karczują brwi. Szepczą:
upada twój pień, rozpada się słój.
I toczy się, toczy. Bez prądu, bez tchu.
CORPO
I
To świt widziany przez szyby autobusu mówi mi: corpo.
Uśmiecha się, wydyma czerwone usta. Wstajemy.
II
Corpo, corpo – wystukuję obcasami ten rytm.
Przechodzę korytarzem, jestem szumem wentylatorów, jestem
sztucznym światłem. Parzę powieki. Parzę kawę, która może
postawi mnie na nogi, może postawię na swoim.
Corpo, corpo – wystukuję obcasami ten rytm.
III
Jest coś na pewno poza korytarzem, poza bielą kartek. Wiem,
widzę przecież przez te szklane tafle. Ptaki, ptaki, kropki.
Jest coś na pewno poza sztucznym światłem.
IV
To szron na szybach autobusu mówi mi: corpo.
Wracam do domu. Jest zimny, jest pusty. Starta czerwień
gardła. Wciąż powtarza jak mantrę, bezgłośnie.
Corpo, corpo – spala, wypala – na popiół, na śmierć.
REMONTY, POPIOŁY, GŁADŹ
Nagle siwiejemy.
Nie porywa nas już nurt, już puls, już tamto nieprzerwane bicie.
Siwiejemy jak siwieją kruche tynki i farby –
podziurawiony ogon pawia, pojedyncze łuski kolorów.
Wczoraj jeszcze machaliśmy szpachelkami.
Ostrza wyginały się jak zabrudzone flagi w oknach.
Nie wierzymy już w biel i krew. Nie wierzymy w ostatnie namaszczenie
tapet, zanim podważymy je i zerwiemy, klnąc
na kolejne warstwy. Wolimy odrapane ściany, ich odżywczy chłód,
dotyk kleju na skórze. Może ból.
Siwiejemy. Pękają drobne ziarna włosów, cienkie nitki pyłu.
Wyrzucamy z ust porcelanę. Wyrzucamy tarcze.
Kruche kawałki powietrza.
WDECH
Pierwszy:
tak szybko połykam haczyk.
Gładzę brzuch i myślę o niej. Nazywam.
Emilka: zarodek,
półtora milimetra długości.
A jednak ją czuję.
…
Drugi:
głupieję od tego wszystkiego.
Spotykam same kobiety w ciąży. Wzruszam się.
Emilka: zarodek,
organy wielkości ziarenek piasku.
Często do niej mówię.
…
Trzeci:
i miotam się jak wyrzucona na powierzchnię ryba.
Widzę dwie czerwone kreski. Jedną na teście.
Emilka: zarodek,
którego nie było.
Strużka krwi na moim udzie.
ALABASTER
Moja twarz jak miodu plaster.
Słodka, spróbuj. Obejrzyj przez lupę.
Jestem kolekcją powtarzających się części.
Jestem symetrią. Mozolnie stworzona.
Teraz rozpada się moje ciało. Wystarczy, że
porysujesz mnie paznokciem, posolisz. Zapiecze.
Ale jestem. Wygładzona. Wyrzeźbiona.
Moja twarz jak alabaster.
WYDECH
Ostatni:
i wpadam pod powierzchnię, powietrze ucieka.
Wszystko takie miękkie. Wszystko przytłumione.
Dziecko, ciałko,
dlaczego jesteś sina?
I tylko na sali bardzo, bardzo cicho.
…
Pomiędzy wdechem i wydechem tyle się dzieje.
W kalejdoskopie:
Czuwanie, Czekanie.
Zlewają się wszystkie odcienie.
Jeden przebłysk wystarcza.
…
Wcześniej cała spęczniała, teraz na wiór sucha.
Wczoraj jeszcze nietknięta, dzisiaj porozcinana.
Pomiędzy wdechem i wydechem tyle się zmienia.
Miałaś być zupełna, nie masz nawet imienia.
WYCINKA
I
Dogasam i nie jest to metafora.
Jakby przysypał mnie popiół,
przemoczył deszcz. Brakuje drewna.
Iskra się kończy.
Kończy się dreszcz.
II
Wiosna.
Budzę się z bólem brzucha,
ale to nieistotne,
bo ktoś w tym czasie umiera.
Ktoś się ode mnie odcina.
III
A ziemia się toczy, się toczy i tępi ostrza,
rozsypuje wióry, rozprasza, przestawia.
A ziemię się toczy, się toczy, obrabia
i tworzy. Bo kształt jest ważny.
Kształt wszystko tłumaczy.
ARYTMIA
Szymonowi
I
Cicho, cicho.
Następne wędrówki przed nami. Powiewa
flaga. Docieramy na zmiany.
Plaża jest pusta.
II
Niech cię nie zwiedzie moja arytmia.
To tylko mięsień – skurcze, rozkurcze.
Uderzają fale kolejno o skały.
Mielizny bielizny.
Niech cię nie zwiedzie moja arytmia.
To tylko chwila – rozkładam, wchodzisz.
Uderza czerwień, paruje ślina.
Wypluwa nas morze.
III
Arytmia, arytmia – wciąż liczymy kroki,
rozgryzamy wykresy, zaciskamy dłonie.
Łuszczą się tkanki, kruszeją ściany.
Pulsuje dotyk.
OBMYWANIE
„Kobiety przychodzą we śnie,
kładą na mnie kwiaty,
myją i namaszczają.”
(Kornelia Chojnacka, ***)
I
Powtarzam, powtarzaj: nie jest tak zimno.
Odkąd ramiona są śliskie, nie-bliskie.
Odkąd odchodzi chłopiec i chłodzi.
Powtarzam, powtarzaj: nie jest mi zimno.
II
Tak pięknie wyglądasz bez makijażu
(zmytym, obmytym przez twoje kobiety:
do lśnienia, błyszczenia, do przesuszenia).
Tak gładko przechodzi nożyk przez płótno.
III
Powtarzam, powtarzaj: nie jest mi zimno.
Rozruszam mięśnie, rozkruszysz pastele.
Zobaczysz, Kora, jak łuszczy się skóra.
Zacieki przetrzemy. Zamalujemy.
WYDMUCHIWANIE
Wszystkie drogi prowadzą przez szkło:
kruszone, szronione, weneckie, barwione,
satynowe, gięte, kwarcowe
i ręcznie robione, z powietrzem, jak ja.
Więc wygładź mnie piaskiem:
niech zejdzie naskórek,
niech zejdzie brud i śmieć.
Więc mnie zahartuj:
niech wzmocnią się kości,
niech moja struktura jak rozkład, jak plan.
…
A jeśli nie:
pozbieraj odłamki, wystaw na słońce.
Niech przejdą promienie, niech się rozszczepią.
Niech mnie zaleje cyna i blask.
BALLADA O WYKRWAWIANIU
„Albowiem do nas należeć będzie królestwo
empikowych półek”
(Weronika Górska, Poeci)
I
Są rzeczy zbyt intymne, aby o nich pisać.
Bo nic nie zostaje: nawet ręczniki, książki,
kieliszki, pościele. Nic nie zostaje.
Jest tylko
nasz powolny rozkład bioder,
nasz niekończący się odpływ krwi.
II
czy trzeba koniecznie wyrywać z trzewi
rozkręcać jelita rozbijać mięśnie
czy trzeba koniecznie o wszystkim co boli
co sączy co spuszcza wydziela opróżnia
jest zbyt intymnie aby o tym pisać
już cedzę przez zęby już chowam pomiędzy
nie chcę się nie chcę wykrwawiać na słowa
rozmieniać na drobne wybijać ze sztancy
III
Formują się układy naszych kręgosłupów.
Zmieniają się układy naszych odniesień.
Wciąż krople, wciąż drzazgi,
wciąż puste mieszkania.
I nic nie zostaje: nawet
punkt przy punkcie.
SYMETRIA
I
Przymierzam wiertło i drążę, i drążę.
Przez zmieniające się perspektywy, kolejne
przestrzenie, obłe krajobrazy.
Przez płatki śniegu. Przez pył, co wiruje.
II
Tak wchodzę głębiej:
tylko symetria,
bryły, spirale, liczby i łuki.
Muszle na piasku, wydmy, odpływy.
Widoczność tęczy, drgające struny.
Tylko symetria:
konstrukcja, destrukcja.
III
Tak wchodzę wcześniej:
jestem dziewczynką,
rodzice mówią – nie baw się prądem.
Przymierzam wiertło. I drążę, wciąż drążę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
